Być w pełni świadomym siebie

Słucham wykładu Tenzina Wangyala Rinpoche, nauczyciela i mistrza tradycji Dzogczen, jednej ze ścieżek buddyzmu tybetańskiego Bön. Omawia pewien tekst, a właściwie jego drobny wycinek – „21 gwoździ”, które wchodzą w skład najważniejszych tekstów Dzogczen z Ustnej Tradycji Siang Siung. Mówi o tym, co teoretycznie każdy z nas powinien wiedzieć, a jednak jego słowa uzmysławiają nam, jak dalecy jesteśmy od zrozumienia prawdy. Zadał jedno ważne pytanie: jak często jesteście w pełni świadomi samych siebie?

No właśnie… jak często jesteśmy świadomi siebie? Nie w ogólnym pojęciu: jestem Zośka, mam 35 lat, pracuję w korpo i nie cierpię Jolki z czwartego piętra. Nie o taką świadomość chodzi. Mam na myśli raczej tę, która dotyka naszej najgłębszej konstytucji, naszego wewnętrznego „ja”, tego, kim naprawdę jesteśmy. Czy potrafimy poczuć swoje ciało „od wewnątrz”, czy rozpoznajemy emocje, które rodzą się w sercu, czy potrafimy obserwować myśli, które rodzą się w głowie? Czy jesteśmy w stanie zaobserwować moment, w którym powstają i pozwolić im rozpłynąć się w niebycie dzięki uważnej świadomości i nieoceniającej obserwacji? Ci, którzy regularnie medytują, odpowiedzą pewnie twierdząco, a pozostali?

Samoświadomość na głębokim, transpersonalnym poziomie to potężne narzędzie. Ma wpływ nie tylko na nas samych, ale także na nasze życie. Pozwala podejmować lepsze decyzje, uczyć się na porażkach, doceniać niepowodzenia, a także uwalniać się od długoletnich napięć związanych ze stresem, traumatycznymi przeżyciami i przeciwnościami losu. Pozwala wyzwolić się z nawyków i przekonań – bo zauważamy, że tak naprawdę często nie są nawet nasze. Przejęliśmy je ze zbiorowej świadomości, traktując jak własne. Tylko nawiązując głęboki kontakt ze sobą, możemy nauczyć się jak lepiej żyć, jak być lepszym dla siebie i dla innych.

Świadomości ciała doskonale uczy joga. Do tego jednak trzeba być wytrwałym, bo to nie dzieje się od razu. Po niemal 15 latach praktykowania nawiązałam taką właśnie, głęboką więź z własnym ciałem – wiem co się w nim dzieje, zanim pojawią się symptomy, potrafię sobie poradzić z wieloma dolegliwościami bez interwencji lekarza, świadomie siedzę, świadomie chodzę i świadomie jem. To bardzo wyzwalające uczucie. Podobnie można podejść do swoich emocji i myśli. To tylko koncepty w naszych głowach, byty całkowicie nierealne, ulotne. Dlaczego więc jesteśmy od nich tak zależni? Ponieważ nie zdajemy sobie sprawy z ich ulotności. Nadajemy im wagę, znaczenie, traktujemy jak rzeczywistość, coś co od nas nie zależy. Co najwyżej się nam przytrafia. Jednak odrobina uważnej obecności (tak modne dzisiaj mindfulness) pozwala zauważyć, że nic tak naprawdę nie dzieje się bez naszego przyzwolenia. Samoświadomość emocji i myśli także jest wyzwalająca. Samoświadomość to nie ocenianie, nazywanie, racjonalizowanie. To zaproszenie i troskliwa obserwacja. Trwanie. Bycie z sobą. Kiedy tak już potrwamy w ciszy i nieporuszeniu, nagle może się okazać, że nasze największe strachy i lęki, gniew i frustracja zaczynają zanikać, rozpływać się jak poranna mgła. Koniec końców pozostaje tylko czysty, spokojny, przejrzysty Umysł (nie mylić z oceniającym i racjonalizującym rozumem!).

Teraz możemy sami decydować jak będziemy żyć, jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Moje doświadczenie wskazuje, że od chwili uważnego bycia ze sobą (które towarzyszy mi od kilku dobrych lat) nie tylko z  łatwością przychodzą mi zmiany, ale także mniej krytyczne zaczęłam podchodzić do siebie, pozwalam sobie na niedoskonałości, na błędy i pomyłki. Nie walczę z nimi, a zapraszam do swojej świadomości. Życie staje się łatwiejsze, a świat bardziej przyjazny. A przecież tak naprawdę nic się „na zewnątrz” nie zmieniło…

 

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
  • 37
    Udostępnienia
Bookmark the permalink.

Comments are closed