Nie osądzaj

Jedną z niewątpliwych korzyści płynących z medytacji jest umiejętność nieosądzania. Nie wiedzieć czemu wpojono nam, że powinniśmy mieć osąd i opinię na każdy temat. Często sądy te skażone są tradycją i zwyczajami, w jakich wzrastaliśmy, przejmujemy je od swoich rodziców, rówieśników, nauczycieli i ludzi, którzy nas otaczają. Potem wierzymy, że są nasze i gotowi jesteśmy oddać za nie życie.
Poza tym mamy do czynienia z tak zwanym błędem dostępności – więc nasza wiedza na temat rzeczy, które osądzamy jest szczątkowa, wyrywkowa i niepełna. Z tego tylko powodu nasz osąd nigdy nie będzie zgodny ze stanem faktycznym. Jest tylko wytworem w naszej głowie, który ułatwia mózgowi podjęcie decyzji. Prawda jest jednak taka, że wcale nie musimy osądzać – ani rzeczy, ani ludzi. Możemy je brać takimi, jakie są. Możemy nawet nie wiedzieć czy coś lubimy, czy też nie, czy nam się podoba, czy wręcz przeciwnie. Możemy po prostu nie mieć na ten temat zdania.

Kiedy nie osądzamy – pozwalamy, by większa ilość informacji do nas dotarła, dajemy sobie czas, by podjąć decyzję. Poza tym, to, co dzisiaj wydaje nam się fajne, już jutro może wydać się beznadziejne. Jako dziecko nie cierpiałam sałatki ziemniaczanej, dzisiaj ją uwielbiam. Bez powodu – po prostu tak wyszło. Zmieniłam zdanie. Gdybym kategorycznie osądziła sałatkę jako niejadalną, nigdy bym po nią nie sięgnęła, nie dałabym sobie szansy na to, by jej posmakować.

Jest taka wspaniała taoistyczna przypowieść, która doskonale ujmuje problem jednoznacznego osądzania tego, co się wydarza. Jak mówi Huai-nan-tse: pewien stary człowiek i jego syn mieszkali w porzuconej fortecy na szczycie wzgórza. Jedyną wartościową rzeczą, jaką posiadali, był koń. Któregoś dnia koń uciekł. Sąsiedzi przyszli wyrazić im swe współczucie.
– To naprawdę straszne! – mówili.
– A skąd wiecie? – spytał starzec.
Następnego dnia koń wrócił, przyprowadzając ze sobą kilka dzikich koni. Stary człowiek i jego syn zamknęli je w zagrodzie. Nadbiegli sąsiedzi.
– To naprawdę wspaniale! – mówili
– A skąd wiecie? – pytał stary człowiek.
Następnego dnia syn próbował ujeździć jednego z dzikich koni. Spadł i złamał nogę. Sąsiedzi nadeszli, kiedy tylko dowiedzieli się o tym.
– To naprawdę fatalnie! – mówili.
– A skąd wiecie? – znów zapytał starzec.
Następnego dnia nadciągnęła armia, zabierając wszystkich młodych ludzi do wojska, aby walczyć przeciw barbarzyńcom z północy. Wielu z nich już nigdy nie miało wrócić. Syna starego człowieka nie wzięto, bo miał złamaną nogę.*

* Benjamin Hoff „Te Prosiaczka”, Dom Wydawniczy Rebis, 1993 r.

foto: iv_orlov/flickr.com

Niniejszy fragment pochodzi z mojej najnowszej książki „Odczarować medytację”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Helion.

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Bookmark the permalink.

Comments are closed