Problemy z problemami

Większość z nas, gdyby miała spisać historię własnego życia, zatytułowałaby ją dokładnie tak samo jak Jack Lucas, bohater filmu „Fisher King„. Z okładki takiej autobiografii rzucałby się w oczy napis: „To nie był, kurwa, piknik”. Życie na ogół nie szczędzi nam problemów, ale czy jest jakiś sposób na to, by z tej nierównej walki wyjść bez poważniejszych obrażeń?
Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałabym, że nie. Problemy to problemy, pojawiają się wbrew nam i uprzykrzają egzystencję, czyniąc życie trudnym, a czasami nawet męczącym i frustrującym. Dzisiaj jednak, po dość trudnych doświadczeniach, uważam, że sprawy mają się zgoła inaczej. Ale od początku…

Zacznijmy od zastanowienia się czym te problemy w ogóle są? Najogólniej rzecz ujmując, problem to sytuacja, która zdecydowanie różni się od tej, jaką uznaliśmy za optymalną lub pomyślną. Zatem pojawi się w nas rozczarowanie, bo „coś znowu poszło nie tak”. To „nie tak” może zaś nieść ze sobą przykre konsekwencje, które budzą w nas lęk, strach, stres, niepokój – co, jak wiadomo, pozbawia nas energii, nie pozwala zasnąć, odbiera apetyt, a i często prowadzi do rozmaitych chorób.

I tak, z jednej niedogodności, pączkują kolejne, kumulują się i odbierają nam chęć do życia. Zauważamy też, że coraz więcej spraw wokół przybiera zły obrót, że świat postawił sobie za cel dopieczenie nam do żywego i coraz bardziej pogrążamy się w otchłani zwanej życiem. Wszystko wokół staje się problemem – hałas za oknem, brak miejsca parkingowego, szef, współpracownicy, żona, mąż, dzieci, psy i koty. Do każdej sprawy zaczynamy podchodzić jakby to było nieludzkie wyzwanie, przerastają nas najzwyklejsze rzeczy, najprostsze decyzje.

I jak w takiej sytuacji odzyskać panowanie nad własnym życiem? Jak odciąć się od tego kołowrotu szaleństwa? Ja mam na to sprawdzoną metodę, złożoną z 3 prostych kroków:

KROK 1:
Wziąć na poważnie radę Jacka Sparrowa, sławnego kapitana „Czarnej Perły”:
Problem to nie problem. Problemem jest twoje nastawienie do problemu.
Co to oznacza? Że nawet w obliczu najgorszych wieści, możemy na początek przyjrzeć się swoim emocjom, które taka sytuacja wywołała. To element inteligencji emocjonalnej, która pozwoli nam odseparować na chwilę emocje od nas samych. Możemy je zaobserwować, a co za tym idzie – nabrać niezbędnego dystansu. Wtedy zauważymy, że  być może nasza pierwotna reakcja była nieadekwatna, zbyt silna, wywołana pierwotnym mechanizmem „uciekaj albo walcz”. Przestajemy racjonalnie oceniać sytuację, popadamy w popłoch.  Jak słusznie zauważa Daniel Goleman, autor książki „Inteligencja emocjonalna”:


takie eksplozje emocjonalne są czymś w rodzaju „porwania” czy „uprowadzenia” systemu nerwowego. Istnieją fakty zdające się potwierdzać, że w takich chwilach pewien ośrodek w mózgu limbicznym ogłasza swoisty „stan wyjątkowy”, podporządkowując sobie pozostałą część mózgu. Porwanie takie przebiega błyskawicznie, uruchamiając reakcję organizmu, zanim nowa kora, czyli mózg myślący, zda sobie w pełni sprawę z tego, co się dzieje. W takiej sytuacji nie może być mowy o zastanawianiu się czy podjęte działania są właściwe.

Kiedy natomiast rozpoznamy własne emocje, uzmysłowimy sobie, że one nie są nami, a skoro tak – to możemy nimi odpowiednio zarządzić.  Możemy zdecydować czy biegać w panice, czy zanalizować na chłodno co tak naprawdę się wydarzyło i co z tym możemy zrobić.

KROK 2:
Dać sobie czas. Nie podejmować decyzji od razu.  Idąc tropem filmowych bohaterów – zupełnie tak samo, jak Scarlett O’Hara, która w obliczu trudnych sytuacji miała w zwyczaju mówić „pomyślę o tym jutro”. Czas jest tu bowiem kluczowy. Tylko dzięki niemu możemy odzyskać panowanie nad sobą, a kiedy już ochłoniemy – podjąć najlepszą z możliwych decyzję. Georgij Iwanowicz Gurdżijew, filozof i mistyk, zapytany o najcenniejszą radę jaką otrzymał, odpowiedział, że to rada ojca, by nawet w największym gniewie przeczekać  24 godziny, zanim podejmie się jakiekolwiek działania. Potem można zrobić wszystko. Jednak najczęściej pierwsze decyzje, podjęte w emocjach, okazują się błędne i nieadekwatne. Z problemem jest tak samo jak ze złością – z perspektywy czasu wygląda mniej groźnie, niż nam się początkowo wydawało.

KROK 3:
Kiedy już nabierzemy nieco dystansu i popatrzymy na sprawy z boku, możemy potraktować problem jak zadanie do rozwiązania. Czasami będą to zadanie trudne, niewdzięczne i męczące, ale warto podjąć to wyzwanie. Traktując problem jak zadanie, możemy rozłożyć ja na czynniki pierwsze, na drobne elementy, od których można zacząć i uporać się bez większego wysiłku. Krok po kroku. Metodycznie i według ustalonego planu. Zupełnie jak w metodzie kaizen, o której pisałam tutaj. W miarę pokonywania kolejnych przeszkód może się okazać, że nagle i niespodziewanie odnajdziemy rozwiązania, które wcześniej nie przyszły nam do głowy, że możemy ułatwić sobie życie, chociaż wcześniej sytuacja wydawała się beznadziejna. A jeśli już koniecznie musimy się martwić (bo „tacy już jesteśmy” i „inaczej się nie da”), możemy to martwienie podzielić na etapy – dzięki czemu nie myślimy o wszystkim naraz, dawkujemy sobie emocje i pozwolimy głowie na wybranie najlepszych, dostępnych opcji.

Poza tym – co w moim odczuciu równie ważne – traktując problem jak zadanie, trudniej nam się z nim utożsamić. Przecież nie wiążemy się emocjonalnie z wypracowaniem lub równaniem różniczkowym. Dlaczego zatem mielibyśmy tak postępować w przypadku zadania jakim jest nieodpowiednia praca, brak pieniędzy czy toksyczny związek?

foto: Maxim Norland/freeimages.com

 

 

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
  • 20
    Udostępnienia
Bookmark the permalink.

Comments are closed