Cud nic-nie-robienia

Jak mawiał Kubuś Puchatek (albo Krzyś) czasami z niczego biorą się  najlepsze cosie. Sporo w tym prawdy, bo przecież każdy z nas wie z własnego doświadczenia, że im bardziej się napinamy, im mocniej się staramy – tym efekty bywają mizerniejsze. Tak bardzo chcemy dobrze wypaść, a na 90% palniemy jakieś głupstwo, tak bardzo chcemy sobie coś przypomnieć, a tym bardziej w głowie czujemy pustkę, tak wiele wysiłku wkładamy w to, co robimy, a na końcu odkrywamy, że wysiłek ten z całą mocą odcisnął swoje piętno i odebrał naszemu dziełu świeżość.
Z drugiej strony największe odkrycia „dokonały się” wówczas, gdy ich twórcy w ogóle o nich nie myśleli – a to w kąpieli, a to podczas spaceru, albo na rybach. Zatem nic-nie-robienie ma aspekt twórczy i ogromny potencjał, którego nie dostrzegamy i nie doceniamy.

W cywilizacji, w której przyszło nam żyć, w cenie jest nadaktywność – czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, na siłę, byle do przodu. Lubimy o sobie myśleć w kategoriach ludzi zajętych – zgodnie z narzuconym poglądem, że tylko ciężka praca może dać owoce. Dlatego pracujemy bez wytchnienia, czy to ma sens czy nie. Jesteśmy ciągle zajęci, co rusz wynajdujemy nowe przeszkody do pokonaia, byle tylko nie siedzieć bezczynnie. Bo przecież szkoda czasu…

Swego czasu pracowałam w redakcji jednego z lokalnych dzienników. Pisząc o kulturze, jako recenzent teatralny, pracowałam głównie wieczorami i w weekendy. Mimo tego musiałam być w pracy codziennie od godziny 10.00 do 18.00, bez względu na to, czy miałam coś do roboty, czy nie. Również bez względu na to, czy w danym dniu będę jeszcze musiała pojechać na tak zwaną obsługę – czyli na jakieś wydarzenie, spektakl, festiwal, czy imprezę, które najczęściej trwały do godziny 22.00- 23.00. Skończyło się na tym, że nie miałam czasu na to, by żyć, by zrobić podstawowe zakupy, by pójść do lekarza, nie mówiąc już o czasie na edukację i własny rozwój. Jednak dla zarządzających redakcją to nie miało znaczenia – ważne, że siedziałam przy biurku. Na szczęście dzisiaj odchodzi się od takiego modelu, w wielu firmach to właśnie czas wolny ma szczególne znaczenie, bo pracownicy nie tylko regenerują siły, ale także mają w tym czasie najlepsze pomysły i rozwiązania. Nic-nie-robienie weszło „na salony” i staje się coraz modniejsze w nowoczesnych organizacjach. Na szczęście.

Zachęcam Cię zatem do tego, by codziennie, przez kilka minut, nic nie robić, nie myśleć o pracy, rodzinie, bliskich, obowiązkach. Po prostu pobyć ze sobą, odprężyć się i poleniuchować. Wbrew wszystkiemu i wszystkim odnaleźć czas na uważną obecność tu i teraz. Bez podążania w przeszłość i przyszłość, bez rozpamiętywana, bez nazywania i osądzania. Po prostu bądź i odczuwaj. Delektuj się chwilą, doceniaj fakt, że możesz jej doświadczać.

Zachęcam Cię do tego, by w codziennej gonitwie odnaleźć CZAS, zauważyć go i właściwie wykorzystać. By odpuścić to, co tak naprawdę nie jest ani ważne, ani pilne, przesunąć na osi to, co może poczekać, ustalić na nowo priorytety.

 

Dostatek czasu jest przywilejem, dzięki któremu nasze ruchy nabierają elegancji, a uczynki stają się rozważne. Żyjąc w ciągłym pośpiechu stajemy się spięci, małostkowi i ograniczeni. Czemu by nie otworzć drzwi i nie wpuścić trochę świeżego powietrza, wiatru i słońca do naszych serc? *

 

Mamy jedno życie i jeśli się postaramy, mamy szansę się nim nacieszyć. Większość z nas jednak jest tak zaangażowana w ciągłą gonitwę, że nie tylko nie wie, że żyje, ale tworzy też wirtualne światy, w których zostają uwięzieni niczym w Matrixie i nie wydostają się z nich aż do śmierci. Warto wziąć to pod uwagę, kiedy następnym razem będziemy się wymawiać permanentnym brakiem czasu i zagonieniem, zamiast usiąść pod drzewem i przez chwilę posłuchać śpiewu ptaków, albo cieszyć się smakiem herbaty.

* Vanda Scaravelli „Przebudzenie kręgosłupa”, wyd. Studio Koloru, Łódź 2017, s. 71

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Translate »