Inni

„A więc to jest właśnie piekło. Nigdy bym nie uwierzył… (…). Żadnych palenisk nie trzeba. Piekło to są inni” – powiedział Garcin, bohater sztuki „Przy drzwiach zamkniętych” Jeana Paula Sartra i powiedzenie to przeszło do historii, nie tylko literatury i dramatu. Piekło to inni – stało się celną definicją tego, z czym większość z nas się zmaga na co dzień. Lubimy być akceptowani. Nawet jeśli jesteśmy samotnikami, zdecydowanie lepiej się czujemy, gdy mamy poczucie, że nie jesteśmy odszczepieńcami, że mimo różnic, przynależymy do stada, bez względu czy to będzie rodzina, krąg znajomych, wspólnota wyznaniowa, naród czy grupa społeczna.
Możemy być „niewidzialni”, ale jednak zawsze jakoś połączeni z resztą przedstawicieli naszego gatunku. To daje poczucie pierwotnej wspólnoty i bezpieczeństwa.

Z drugiej strony inni są bezustannym źródłem naszego utrapienia. Martwimy się jak nas odbierają, co myślą, czy dobrze czują się w naszej obecności, czy zachowaliśmy się w stosunku do nich odpowiednio czy nie. Liczymy się ze zdaniem i opinią innych. Nierzadko sugerujemy się ich oceną, oczekujemy pochwały i docenienia tego, co dla nich robimy. Przejmujemy się, kiedy nas nie rozumieją, nie doceniają i krytykują. Cierpimy z powodu ostracyzmu towarzyskiego i kusi nas popularność. Wielu jest w stanie dla niej poświęcić samych siebie, byle zostać dostrzeżonym, docenionym, polubionym.

Liczymy „lajki” na facebooku, kolekcjonujemy wirtualnych znajomych, staramy się zrobić dobre wrażenie w realu. Ileż to razy zachowujemy się tak, by innym „było miło”, by nie psuć atmosfery, by „nie robić problemu”? A potem wściekamy się na siebie, że pozwalamy wchodzić sobie na głowę! Albo robimy coś dla innych wierząc, że przyniesie im to radość/korzyść/przyjemność, a w zamian otrzymujemy hejt, złośliwe uwagi bądź drwiny. W zależności od cech osobowych mamy wówczas ochotę uciec na koniec świata, zaszyć się w mysiej dziurze, albo przyłożyć jednemu i drugiemu w mordę – dla przykładu… Jednak ani jedno, ani drugie rozwiązanie nie ma sensu. Ponieważ zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku naszymi reakcjami kieruje ego. A ono, nade wszystko, nie lubi być oceniane negatywnie. Burzy się wówczas i jęczy, samoocena nam spada, czujemy się okropnie. Przestajemy myśleć logicznie,  dajemy się porwać emocjom, sami się „nakręcamy” i tracimy tak cenny dla naszego wewnętrznego spokoju dystans.
Jedni idą się wtedy napić, inni wyładują frustrację w taki czy inny sposób, jeszcze inni wpadną w depresję. A przecie wystarczy zauważyć, że to „piekło” fundujemy sobie sami. Ono powstaje wyłącznie w naszej głowie. Bo i co z tego, że Kowalski nas nie lubi?  Że Aśka obgada przy pierwszej nadarzającej się okazji? Tak naprawdę to nic nie zmienia. Bo najczęściej nie mamy wpływu na to, jak nas ocenią, czy się spodobamy, zainteresujemy sobą innych, czy też nie.

Ludzie widzą nas tak, jak chcą, a nie tak, jak na to zasługujemy. Nie oceniają nas, ale swoje wyobrażenia na nasz temat. Gdyby się dobrze zastanowić, nawet nasi najbliżsi wiedzą o nas tyle, ile im pokażemy. Nie siedzą w naszych głowach, nie wiedzą do końca co myślimy i czujemy. Odgadują, dopowiadają sensy na podstawie własnych przeżyć i doświadczeń, na bazie tego, jak sami postrzegają świat. Istniejemy w ich świadomości jako byty wirtualne, awatary, które nijak się mają do naszej wewnętrznej rzeczywistości. Z drugiej strony – my też nie wiemy o innych zbyt wiele, a wyrabiamy sobie opinie i sądy. Czasem je zmieniamy pod wpływem okoliczności, najczęściej jednak nie poświęcamy zbyt wiele czasu na myślenie o innych. Inni także nie myślą o nas zbyt często. Raczej rzadko, sporadycznie, gdy nadarzy się okazja. Warto więc zastanowić się czy rzeczywiście te opinie mają realne przełożenie na nasze życie, czy tylko ograniczają się do naszego samopoczucia? A nawet jeśli czyjaś ocena wpływa na nasze życie – bo od niej zależy np. nasza praca, to i tak przeważnie ocena ta jest tylko częściowa, oparta na pierwszym wrażeniu, wynika z dobrego lub złego nastroju danej osoby, z jej charakteru, a nierzadko i światopoglądu. To, jak zostaniemy ocenieni przypomina ruletkę. Nie mamy na to zbyt dużego wpływu. A skoro już to wiemy, wyjście z piekła staje się dużo prostsze.

foto: Borge Bjelland/freeimages.com
Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Translate »