Jak sobie radzić z myślową biegunką?

Któż z nas nie doświadczył kłębiących się w głowie myśli, wewnętrznych monologów, ba – dialogów, sporów, a nawet zażartych dyskusji? Ten niekończący się strumień nie-świadomości, myślokształtów imitujących rzeczywistość, za to całkiem realnie wpływających na nasze emocje i samopoczucie towarzyszy wielu z nas przez całe życie. To właśnie nazywam „myślową biegunką” (a co bardziej elegancko określane jest jako „wandering mind”), stanem bezsensownego intelektualnego pobudzenia, które nasze ego każe brać nam za „pełne refleksji życie”, a które z rzeczywistą refleksją ma tyle wspólnego co herbatniki „Luna” z lotami na księżyc (jak mawia mój mąż).

W 2009 roku  w tygodniku „Science” ukazał się artykuł Matthew Alana Killingswortha z Harvard University zatytułowany „A wandering mind is an unhappy mind” („Błądzący umysł to nieszczęśliwy umysł”). Naukowiec udowadnia w nim, że ciągłe wędrówki myśli mają ścisły związek z niższym poczuciem szczęścia. Co więcej, inni naukowcy dowodzą, że nasze „myślowe biegunki” bezpośrednio powiązane są np. z zaburzeniami lękowymi, permanentnym rozkojarzeniem, a także (o zgrozo) z chorobą Alzheimera. Wszystko to zaś za sprawą tak zwanego DMN, czyli sieci wzbudzeń podstawowych naszego mózgu, która nadmiernie eksploatowana – jak wszystko w naturze – z czasem zaczyna szwankować.*

Umysł zamiast trwać w skupieniu, w zadziwiającym tempie dryfuje w stronę wydarzeń z przeszłości. Nawet nie zauważymy, a już rozmyślamy o tym, co powinniśmy byli komuś powiedzieć 10 lat temu (…). Tak oto w naszej głowie rozegrała się właśnie półgodzinna opera mydlana, z typowymi dla niej emocjami – od wściekłości po przeświadczenie, że to my mieliśmy rację. Może się także zdarzyć, że zaczynamy fantazjować na temat mężczyzny, który siedzi obok nas na kursie wyjazdowym i zanim tydzień dobiegnie końca, przeżyliśmy już zaloty, romans, małżeństwo i rozwód, chociaż nawet nie wiemy jak ma na imię. **

Za każdym jednak razem, gdy porzucamy wewnętrzne monologi, przewidywania, zmartwienia i „bujanie w obłokach”, DMN zaczyna się „wyciszać” i jego aktywność spada. Takiemu stanowi sprzyjają: skupienie, koncentracja, relaks oraz medytacja. Wtedy mózg ma czas, by przetworzyć i zintegrować całą masę informacji, które go bombardują każdego dnia. Dzięki temu lepiej funkcjonuje, a my sami zyskujemy przy okazji większy dystans, świadomość, akceptację i tak potrzebną w życiu uważność. Utrzymując taki stan przez dłuższy czas, w naturalny sposób stajemy się spokojniejsi, lepiej radzimy sobie z emocjami, a ponadto mniej chorujemy (naukowcy wskazują, że medytacja, która pozwala na obniżenie aktywności DMN, skutecznie łagodzi stany zapalne, a co za tym idzie zmniejsza ryzyko chorób serca, astmy, a także nowotworów). Co ciekawe, zaczynamy lepiej rozumieć świat, innych ludzi, samych siebie, podejmujemy lepsze decyzje i lepiej radzimy sobie w życiu.

Wszystko super, powiecie, tylko jak w codziennej bieganinie zachować taki wyciszony umysł? Zaraz odezwą się głosy, że przecież nie każdy ma czas na medytację, relaksację i inną „ację”, życie to nie bajka, ciągle brakuje nam czasu, a tu jeszcze trzeba by wcisnąć w napięty grafik 20 minut „nic-nie-robienia”. Spieszę uspokoić: i na to jest sposób 🙂
Poza praktyką formalną, na którą rzeczywiście trzeba znaleźć chwilę każdego dnia, można korzystać z dobrodziejstwa praktyki nieformalnej, którą można wykonać „przy okazji” codziennych zajęć. Kluczem jest tu uważna obecność, stan umysłu, dzięki któremu jesteśmy świadomi swoich myśli, ale za nimi nie podążamy, zauważamy jedynie ich obecność. Nie lgniemy do nich, nie nadajemy znaczenia, co najwyżej obserwujemy, nie oceniając. Po jakimś czasie – znikną, nie karmione naszą uwagą. Pomocne w tym może być obserwowanie oddechu albo powtarzanie prostej formuły (gathy), która zdyscyplinuje umysł i nie pozwoli mu ma swobodne dryfowanie. Wielkim orędownikiem i propagatorem praktyki nieformalnej jest Thich Nhat Hann, wietnamski mistrz zen, żyjący obecnie na południu Francji. W swoich książkach szeroko pisze o tym jak utrzymać na co dzień spokój umysłu, wykorzystując do praktyki nawet najbardziej banalne czynności, takie jak mycie rąk, chodzenie czy siedzenie. Jedna z takich medytacji brzmi tak:

Umysł może podążać w tysiące różnych stron,
lecz ja tą piękną ścieżką kroczę w spokoju.
Z każdym krokiem zrywa się delikatny wietrzyk.
Z każdym krokiem rozkwita kwiat.***

Bardziej wymagającym sposobem jest skupienie się na oddechu. Można go liczyć, można śledzić poszczególne jego fazy, można obserwować jego długość i tempo. Można także wspomóc praktykę powtarzając inną zalecaną przez Thich Nhat Hanna medytację:

Robiąc wdech, czuję, jak powietrze wypełnia mój brzuch i klatkę piersiową.
Robiąc wydech, czuję, jak powietrze wypływa z mojego brzucha i klatki piersiowej.
Wdech – jestem świadomy całego swojego ciała.
Wydech – uśmiecham się do całego swojego ciała.
Wdech – jestem świadomy tego, gdzie w moim ciele czai się ból i napięcie.
Wydech – uwalniam się od całego bólu i napięcia w moim ciele.
Wdech – czuję się dobrze.
Wydech – czuje się swobodnie.****

Nie ma więc wymówek. Jeśli chcemy zadbać o siebie, nie potrzebujemy tak naprawdę ani  dodatkowego czasu, ani specjalnego miejsca, ani dodatkowych predyspozycji. Wystarczy decyzja, że chcemy to zrobić i odrobina konsekwencji, aby nie zrejterować. A jak widać – warto wyjść od czasu do czasu z „chaszczy intelektu” i pozwolić naszej głowie na regenerujący chillout. Zyskamy na tym więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. Efekty pojawia się już po kilku tygodniach, ale zacząć warto już teraz.

* Joanna Morga, „Naukowcy tłumaczą, dlaczego medytacja korzystnie wpływa na psychikę”, PAP Cały artykuł znajdziesz tutaj
** Donna Fahri „Joga sztuka życia”, Wyd. Ręczna Robota, Warszawa, 2011
*** Thich Nhat Hanh „Spokój z każdym oddechem”, Wyd. Helion, 2011
**** ibidem

foto: Kasper Nielsen/ flickr.com
Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Bookmark the permalink.

Comments are closed