Myślę, więc jestem…?

Któż nie zna słynnego stwierdzenia Kartezjusza, z którym tak ochoczo zgodził się cały zachodni świat? Myślę, więc jestem. A zatem to myśl definiuje mnie, moje jestestwo, moje istnienie. Myśl – ten ulotny, nieuchwytny twór rodzący się w mojej głowie w odpowiedzi na bodźce płynące z zewnątrz. Bo przecież zawsze myślimy o czymś, nie umiemy myśleć o niczym. A kiedy przestajemy myśleć, kiedy w zachwycie patrzymy na piękny obraz lub słuchamy muzyki – czy wtedy też jesteśmy?  Przecież wówczas nasz umysł zanurzony jest w ciszy… czy oznacza to, że przestajemy istnieć i pojawiamy się dopiero, gdy ten błogostan zaburzy pierwsza myśl, ocena, etykieta?

Zastanówmy się gdzie znajduje się nasza świadomość? Najwygodniej byłoby stwierdzić, że gdzieś w mózgu. To kusząca wizja, bo jakże przyjemnie jest myśleć, że wystarczy przenieść nasz mózg do jakiegoś bionicznego ciała, a będziemy wiecznie młodzi i zdrowi. Ale wystarczy prosty eksperyment, by ta pewność stała się „mniej pewna”. Pomyśl teraz o sobie i wskaż na siebie ręką. Niech zgadnę… dotknęła okolicy serca, prawda? Ciekawe, bo skoro o naszym jestestwie decyduje myślenie, powinniśmy wskazywać głowę….  a jednak nikt tego robi.  Zatem „ja” to nie tylko moje myśli, to nie dyskursywny umysł. To coś znacznie więcej.

Czujemy się ofiarami swoich myśli, czujemy się przez nie zaślepieni. Z łatwością bierzemy je mylnie za prawdę, za rzeczywistość, a przecież są one zaledwie falami na powierzchni. Umysł jest jednak z natury głęboki, niezmierzony, cichy i spokojny, tak jak otchłań oceanu.*

 

Myślenie, rozumowanie, logika – to cudownie pożyteczne narzędzia. Bez nich trudno byłoby nam egzystować, radzić sobie z problemami jakie niesie życie, rozwiązywać zadania i zagadki, dokonywać odkryć, tworzyć wynalazki, uczyć się i w ogóle egzystować w świecie. Nie wiedzieć jednak po co i z jakiego powodu oddaliśmy siebie we władanie narzędziu, w które wyposażyła nas Natura i zapomnieliśmy o prostej prawdzie, że to my decydujemy o myślach, a nie one o nas. Stało się to tak dawno temu, że nie wierzymy, iż mogłoby być inaczej. A przecież piękno, dobro, szlachetność nie powstają w naszych głowach. Malarz nie „wymyśla” swojego obrazu, on go widzi i czuje, kompozytor nie wymyśla muzyki, on ją słyszy i czuje każdą komórką swojego ciała. Może zatem zdanie powinno brzmieć: „czuję, więc jestem?”

Utożsamienie z własnym umysłem sprawia, że myślenie staje się rodzajem przymusu. Nie móc przestać myśleć to straszliwa przypadłość, nie zdajemy jednak z niej sobie sprawy, bo prawie wszyscy na nią cierpią, więc uchodzi ona za stan normalny. Ten nieustanny zgiełk umysłu uniemożliwia nam dotarcie do sfery wewnętrznego bezruchu i ciszy, nieodłącznie związanej z Istnieniem.**

 

To, że myśli bywają pomocne nie budzi wątpliwości, problem pojawia się wówczas, kiedy zaczynają dominować nasze życie, wpędzają w choroby, depresję, stres  itp. Kiedy powstrzymują nas od działania, kiedy odbierają odwagę, siłę i wolę życia, kiedy – niczym demony – zjadają naszą duszę, naszą duchową naturę.
Pochłonięci tym, co było i tym co będzie, nie potrafimy już zatrzymać się w chwili obecnej i w pełni odczuć swoje Istnienie. Toczymy wewnętrzne dialogi, piszemy scenariusze, które nigdy się nie wydarzą, przeżywamy ciągle w kółko te same zdarzenia. Dodajemy znaczenia i sensy, szukamy wyjaśnień i tłumaczeń. A w naszych głowach myśli kotłują się coraz bardziej, kłębią, zajmują każdy wolny zakamarek, oddzielając nas niepostrzeżenie od świata, od innych, od nas samych.

Gdy umysł cię używa, bezwiednie utożsamiasz się z nim, więc nawet nie zdajesz sobie sprawy, że tkwisz w jego niewoli. To prawie tak, jakbyś był opętany, nic o tym nie wiedząc, i uważał, że dybuk, który cię opętał jest właśnie tobą. ***

 

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Wbrew pozorom bardzo proste. Nie dokarmiaj myśli swoją energią, nie pozwól im przejąć kontroli. Traktuj je tak, jak na to zasługują – są pomocnym narzędziem, niczym więcej. Obserwuj swoje myśli, zauważ kiedy się pojawiają i jaką mają jakość, czego dotyczą, jakie wizje roztaczają, jakie budzą emocje. Bądź postronnym obserwatorem, w pełni świadomym tego, co się dzieje.
Zrób wdech i bądź świadomy/a swoich myśli.
Zrób wydech i bądź świadomy/a swoich myśli.
Jak mawia Thich Nhat Hanh „Należy po prostu siedzieć na brzegu strumienia swoich formacji mentalnych i je rozpoznawać”****, a następnie pozwolić, by  odeszły i cieszyły się podróżą.

 

* Jon Kabat-Zinn „Praktyka uważności dla początkujących”, Wydawnictwo Czarna Owca, 2016, s.47
**  Eckhart Tolle „Potęga teraźniejszości”,  Galaktyka 2017, s.25
***  ibidem s. 27
****  Thich Nhat Hanh „Spokój umysłu”, Samsara 2015, s.55

 

foto: Magda Ehlers from Pexels

 

 

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Bookmark the permalink.

Comments are closed