Po cholerę nam cele?

Na tak postawione pytanie z pewnością wiele osób kategorycznie stwierdzi, że cele potrzebne nam są po to, by dojść do czegoś w życiu, że bez nich nasza egzystencja pozbawiona jest sensu i przypomina bardziej wegetację. No, niby tak…, ale czy na pewno? Bo czym są tak naprawdę cele, które przed sobą stawiamy i w jakim stopniu rzeczywiście wpływają na nasze poczucie szczęścia i spełnienia?

Owszem, w życiu pomocne bywają plany, aby wiedzieć dokąd zmierzamy. Musimy wyznaczyć sobie kierunek, by nie dryfować w oceanie możliwości, musimy coś wybrać, na coś się zdecydować. Musimy podjąć decyzję jakim życiem chcemy żyć i jakimi chcemy być ludźmi. Przyda się więc tutaj umiejętność zarządzania zasobami, które mamy do dyspozycji, umiejętność dokonywania wyboru i oceny sytuacji. Dzięki temu pozostajemy otwarci na to, co niesie ze sobą życie, nie trzymamy się kurczowo wyznaczonych celów, a jedynie zmierzamy w ich kierunku, gotowi na to, że być może trzeba będzie w pewnym momencie zmienić azymut. Jesteśmy świadomi, że wszystko wokół ulega ciągłym zmianom, zatem także nasze decyzje i wybory mogą ewaluować i dostosowywać się do nowych okoliczności. Zaczynamy też dostrzegać okazje i możliwości tam, gdzie wcześniej w ogóle się ich nie spodziewaliśmy. Uczymy się doceniać to, co jest.

Nie ma nic złego w stawianiu sobie celów, nie podoba mi się natomiast, że dajemy się opętać naszym oczekiwaniom albo przywiązaniu do ostatecznego wyniku. (…) Wiosłujemy, staramy się dokądś dotrzeć, na drugi brzeg, do celu, do jakiegoś idealnego miejsca. Ciągle gdzieś gnamy. Dokąd zmierzamy? Co jest tym drugim brzegiem? W zen mówimy, że drugi brzeg jest już tutaj, pod naszymi stopami. To, czego szukamy – sens życia, szczęście, spokój – już tu jest.*

 

Uświadamiamy sobie, że istota celu zasadza się wyłącznie na złudnym poczuciu sprawczości, w rzeczywistości jednak najczęściej jest źródłem frustracji, bezsilności i cierpienia. Ile bowiem razy po osiągnięciu celu, do którego dążyliśmy w takim trudzie i mozole, mamy poczucie pustki? Owszem, cieszymy się swoim osiągnięciem… przez chwilę, a potem desperacko rzucamy się w poszukiwaniu nowego celu, bo okazuje się, że bez niego nie wiemy co począć z własnym życiem. Ile razy, kiedy osiągamy to, co było dla nas ważne, zamiast cieszyć się wynikiem, czujemy się rozczarowani, bo efekt odrobinę różni się od tego, jaki sobie wyobraziliśmy?

Trudno nam przyjąć i uwierzyć, że nasz drugi brzeg jest tu, gdzie znajdujemy się w tej chwili. Ciągle próbujemy się na niego dostać, a gdy już tam – jak sądzimy – dotarliśmy, reflektujemy się: „O nie, to nie o to mi chodziło, więc teraz muszę płynąć dalej”. I znów próbujemy dostać się na jakiś kolejny „drugi brzeg”. A potem historia się powtarza. Przez chwilę jestem szczęśliwy, bo myślę, że wreszcie dotarłem do celu, ale zaraz potem zdaję sobie sprawę, że to nie to.**

 

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że najczęściej wcale nie realizujemy własnych celów, ale jedynie takie, które za własne uznaliśmy – od modelu samochodu poczynając, a na stylu życia kończąc. Dokonujemy wyborów na podstawie wzorców i wyobrażeń, którymi karmią nas mass media, reklamy, kontekst kulturowy, wychowanie, oczekiwania innych. I chociaż radość życia czerpalibyśmy z uprawy marchewki, wciskamy się co rano w garsonki i garnitury, by spędzić kolejnych 10 godzin w pracy, której nie znosimy z ludźmi, których nawet nie lubimy. No, ale wiadomo – żyjemy w świecie, w którym podstawowym celem jest odniesienie sukcesu… więc trzeba zacisnąć zęby, żeby nie odstawać, żeby udowodnić sobie i innym, żeby się dopasować i zyskać aprobatę współziomków.

Swoją drogą ciekawe, kiedy cele zastąpiły nam sens życia…?

* Jeff Briges i Bernie Glassman, „Koleś i mistrz Zen”, Wydawnictwo Charaktery 2014 r.
** op. cit.

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Bookmark the permalink.

Comments are closed