Po pierwsze – nie panikuj!

Nie tak dawno, kiedy pisałam poradnik poświęcony jodze, pechowym zbiegiem okoliczności wykasowałam sobie z komputera sporą część gotowego już rozdziału. Miałam tam spisanych ponadto wiele notatek, cytatów, dokładny plan kolejnych akapitów. Przygotowywałam to kilka dni i kiedy okazało się, że monitor świeci czystą bielą tam, gdzie jeszcze przed chwilą widniał szereg liter, wyrazów i zdań, nie chciałam uwierzyć w to, co się stało.
Najpierw się spięłam i postanowiłam za wszelką cenę odzyskać plik. Nerwowo przeszukując możliwości archiwizacyjne swojego laptopa, powoli traciłam jednak nadzieję. Po kilkunastu minutach bezowocnych działań, ręce mi opadły, pomyślałam, że cała robota poszła w las i ja się chyba obrażę na los, bo takich rzeczy się po prostu nie robi! To nieprzyzwoite, niegrzeczne i w ogóle nie fair! Nie będę pisać od nowa i koniec…  i niech to wszystko jasna cholera weźmie! A w ogóle to wszystko przez Zośkę, bo jakby nie zadzwoniła, to ja bym nie oparła się o tę klawiaturę i nic by się nie stało!

I kiedy tak siedziałam naburmuszona przy biurku, z założonymi rękoma i zaciśniętymi zębami, powoli i nieśmiało wracał zdrowy rozsądek, dystans do tego co się stało i nieodparte poczucie bezsensowności moich fochów. Bo oczywiście szkoda, że moja praca przepadła, ale po pierwsze losy świata od tego nie zależą, a po drugie – może tak miało być i w nowej wersji ta książka będzie lepsza? Kiedyś w takiej sytuacji pewnie dostałabym szału, wpadła w panikę i biadoliła cały dzień w poczuciu krzywdy, jakie to wielkie nieszczęście mnie spotkało. Serce tłukłoby się w piersi, oddech rwał, a ciśnienie skakało niczym na trampolinie. A do Zośki to bym się już pewnie nie odezwała do końca życia, za karę.

Dzisiaj, kiedy joga i medytacja stały się integralną częścią mojego życia, reaguję inaczej. Umiem ocenić większość rzeczy takimi, jakie są – bez etykietowania, dopowiadania sensów i znaczeń. Jest jak jest, po co roztrząsać? Lepiej powziąć odpowiednie kroki, by konstruktywnie wykorzystać to, co się stało, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem.  Wzięłam więc głęboki oddech, usiadłam prosto i postanowiłam zacząć od nowa, mądrzejsza o to doświadczenie – teraz już na bieżąco robię kopie zapasowe. Więc summa summarum – wyszło mi na dobre.

 

foto: Scott Liddell/freeimages.com

 

 

 

 

 

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Translate »