Trudna sztuka akceptacji

Kiedy wchodzimy na ścieżkę wewnętrznego rozwoju, po jakimś czasie dociera do nas coraz wyraźniej, że bez względu na to, czego byśmy chcieli lub nie, życie pisze własne scenariusze i nie specjalnie przejmuje się naszymi planami. Dopóki tego nie zrozumiemy, szarpiemy się ze światem, denerwujemy, napinamy i z czasem stajemy się coraz bardziej zgorzkniali, cyniczni lub nieszczęśliwi. Zawsze — skrajnie zestresowani. A kiedy podejdziemy do rzeczywistości z nastawieniem, że ona jest, jaka jest, uwalniamy się od wielu niepotrzebnych problemów. Rzeczywistość bowiem najczęściej nie jest ani dobra, ani zła, to my nadajemy jej znaczenie i oceny, a te zależą wyłącznie od naszej perspektywy.

Weźmy na przykład zawody sportowe. Aby miały one sens, ktoś musi wygrać. Jednak zwycięzca może osiągnąć
swój cel jedynie wówczas, kiedy ktoś inny przegra. Dla jednego z nich zawody są więc powodem do radości, dla drugiego — do smutku. Kibice jednej drużyny będą świętować mistrzostwo świata, pozostali mogą się pocieszać drugim miejscem lub upijać z rozpaczy. Ta sama sytuacja, a tyle potencjalnych reakcji na nią. Sama w sobie nie ma żadnego ładunku emocjonalnego, jest — jaka jest. W buddyzmie mają na to bardzo trafne określenie — tathata, czyli takość. Rzeczy, zdarzenia, sytuacje po prostu są i to stanowi ich jedyną właściwość. Cała reszta to tylko interpretacja, nasza ocena wynikająca z oczekiwań, przyzwyczajeń, nawyków i pragnień.

Nadajemy rzeczywistości etykiety, aby łatwiej nam było ją ogarnąć, jednak ona sama wymyka się naszym definicjom. Jest zbyt złożona i zbyt niezależna od nas, abyśmy mogli ją kształtować w 100 procentach (chociaż często nam się wydaje, że tak jest). Kiedy odłożymy na bok naszą roszczeniową postawę, przestajemy być jednostronni w ocenie sytuacji, dostrzegamy wszelkie niuanse, ogólniejszy wydźwięk, łatwiej nam przewidzieć wszystkie potencjalne skutki. Nawet
jeśli sprawy nie układają się tak, jak byśmy sobie tego życzyli, akceptujemy to, a dzięki temu dostrzegamy ukryte dotąd rozwiązania i okazje. Unikamyponadto wielu napięć i niepotrzebnych nerwów. Mówiąc o akceptacji, często przywołuję opowieść o mulle Nasreddinie, legendarnym mędrcu i filozofie z Anatolii, która doskonale ilustruje, w czym rzecz:

Dawno temu, w pewnym uroczym miasteczku mułła Nasreddin spacerował
wąskimi uliczkami, oddając się rozmyślaniom. W pewnym momencie
usłyszał ogromny harmider, krzyki ludzi, stukot kopyt na bruku,
zawodzenie i lament. Kiedy zbliżył się do źródła tego nieznośnego
hałasu, zobaczył na swojej drodze wielkie zbiegowisko. Zebrani tam
ludzie spostrzegli mędrca i podbiegli do niego, prosząc o radę: — Drogi
mułło, co mamy począć w takiej okropnej sytuacji? Narowisty koń tarasuje
całą drogę, nie dając przejść nikomu. Kopie i gryzie każdego, kto
się zbliży. Nie wiemy, co z nim zrobić ani jak przedostać się na drugą
stronę miasta. Poradź coś, o wielki mędrcze! Mułła zmarszczył czoło,
pomyślał, po czym wybrał inną drogę.

Akceptacja w takim ujęciu nie ma nic wspólnego ze straceńczą rezygnacją, poczuciem krzywdy lub niesprawiedliwości. To raczej stan, w którym umiemy przeliczyć bilans zysków i strat, także tych mentalnych, i jeśli okazuje się, że nie mamy najmniejszego wpływu na przebieg wydarzeń — zamiast tracić zdrowie na bezowocną walkę — przyjmujemy stan rzeczy
takim, jaki jest, i w miarę możliwości staramy się odnaleźć w nim najlepsze dla nas wyjście. Zatem akceptacja ma tu wyraźnie pozytywny charakter, dzięki niej możemy nauczyć się odnajdywać dobre rzeczy nawet w najbardziej
niesprzyjających warunkach. Bo jak słusznie zauważył Terry Pratchett: „Wszyscy leżymy w rynsztoku (…), ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy”.

Oczywiście, że zdajemy sobie sprawę z okoliczności, doskonale rozumiemy, że świat bywa niesprawiedliwy, a ludzie potrafią być podli, ale wcale nie oznacza to, że mamy brać za to odpowiedzialność. Musimy uświadomić sobie z całą mocą, że nie wszystko zależy od nas, i zaakceptować ten fakt. Pogodzić się z tym, co nieuniknione, i zachować siły na zmianę tego, na co mamy realny wpływ. Medytacja pozwala nam dostrzec wyraźnie tę granicę — dzięki uspokojeniu umysłu, dystansowi oraz mniejszemu przywiązaniu do własnych nawykowych reakcji. Zaczynamy także rozumieć, że świat nie
kręci się wokół nas i nasze plany mają dla niego dość małą wartość. Nie możemy zatem oczekiwać, że wszystko potoczy się tak, jak to sobie wymyśliliśmy, że ludzie będą zachowywać się tak, jak tego oczekujemy, a życie ułoży się według naszego pomysłu. Musimy być gotowi na to, że życie toczy się własnym torem, średnio przejmując się naszym zdaniem. Wiem, że to trudne, że czasami ilość przeszkód i niepowodzeń przytłacza tak bardzo, iż trudno nam rano wstać z łóżka, że wszystko wokół zdaje się sprzysięgać przeciwko nam. Bezsilność, złość, stres to w takich trudnych sytuacjach naturalne reakcje, ale nie przynoszą one nic dobrego, jedynie odbierają nam siły i energię, których tak bardzo potrzebujemy, aby stawić czoła problemom.

Wtedy właśnie najbardziej przyda się akceptacja, dzięki której ocenimy sytuację „na chłodno”, przyjrzymy się wszystkim dostępnym opcjom i wybierzemy tę, która będzie najlepsza. Akceptacja prowadzi nas także do zrozumienia, że nic nie jest ustalone raz na zawsze, że wszystko wokół ciągle się zmienia, że nasza rzeczywistość nie jest statyczna. Właściwie jedyną stałą cechą wszechświata jest to, że ciągle się zmienia. Nie ma zatem co liczyć na to, że zawsze będzie tak, jak jest teraz — bez względu na to, czy dzieje się dobrze, czy źle. Oczywiście chętnie zgodzimy się co do zmienności rzeczy, gdy tkwimy po uszy w beznadziejnej sytuacji, trudniej natomiast pogodzić się z tą myślą, kiedy jest idealnie. Ale bez względu na to, co jest — to minie. Z każdą sekundą zmieniamy się my, zmienia się świat, zmieniają się także okoliczności.

Musimy to zrozumieć i zaakceptować, w przeciwnym razie czeka nas rozgoryczenie, frustracja, poczucie krzywdy i cierpienie. Dlatego łap chwilę i ciesz się nią, doceń to, co masz, doceń, że żyjesz. Jeśli jesteś nieszczęśliwy, miej świadomość, że to tylko stan przejściowy, naucz się jednak dostrzegać dobre strony swojej egzystencji, które ignorujesz, użalając się nad sobą.
Akceptacja idzie zawsze w parze z dystansem, ten zaś prowadzi nas do wewnętrznego spokoju. Razem tworzą potężną broń, która pomoże nam przetrwać największe burze.

 

foto: Gerd Altmann/Pixabay

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli Ci się spodobało, podaj dalej :)
Translate »